Strona:Leblanc - Złoty trójkąt.djvu/114

Ta strona została skorygowana.

„Ukochany mój Patrycyuszu. Przybiegłam tu dzisiaj rano, ażeby przeżyć raz jeszcze myślą to cudowne wczoraj. Ażeby marzyć o przyszłości. Jeżeli przybędziesz przedemną, przeczytasz te słowa. Wyczytasz, że cię kocham.“
Na innej książce:
„Koralio najdroższa! Wyjechałaś. Nie zobaczę cię aż jutro. A nie chcę opuszczać schronienia naszej miłości nie powiedziawszy ci wprzód poraz już nie wiem który...“
Przejrzeli w ten sposób przeważną część książek, znajdując tam zamiast wskazówek, jakich szukali, słowa miłości i namiętności.
Prawie dwie godziny upłynęły im na tem oczekiwaniu w tej męce niepewności.
— Cisza — rzekł Patrycyusz. Tutaj nic się nie zdarzy. I to właśnie jest może najfatalniejsze. Bo jeśli nic się nie zdarzy, to jakże stąd się wydostaniemy. A w takim wypadku...
Koralia domyśliła się, co Patrycyusz chciał powiedzieć. Widmo strasznej śmierci głodowej zamajaczyło w rogu pokoju. Ale po chwili Patrycyusz wykrzyknął:
— Nie, nie! Tego nie mamy się co obawiać. — Nigdy w życiu! Ażeby ludzie tak jak my młodzi i zdrowi — na to potrzeba przynajmniej kilku dni. A do tego czasu pomoc nadejdzie.
— Jaka pomoc? — zapytała Koralia.
— No oczywiście nasi żołnierze Ya-Bon, sędzia Desmalions, zaniepokoją się, jeśli nasza nieobecność przeciągnie się dłużej niż przez jedną noc.
— Ależ sam pan powiedziałeś, że oni nie wiedza, gdzie my się znajdujemy.
— Dowiedzą się. To bardzo łatwo. Wązka uliczka rozdziela oba ogrody. A zresztą wszystko cośmy uczynili jest zanotowane w pamiętniku schowanym w szufladzie mego biurka. Ya-Bon wie o tem dokumencie. Z pewnością nie zapomni o tem powiedzieć sędziemu. A potem, potem Szymon. Co się z nim stało. Przecież chyba ktoś zwrócił uwagę na to,