Strona:Leblanc - Złoty trójkąt.djvu/50

Ta strona została skorygowana.
ROZDZIAŁ VI.
KRZYK PRZEZ TELEFON.

Patrycyusz, powróciwszy do siebie, nie mógł zasnąć... Przewracał się z boku na bok, a w mózgu jego snuły się ciągle obrazy wydarzeń, których był mimowolnym świadkiem... Mateczka Koralia... pułkownik Fakhi... Essares-bey... Bourneff i jego towarzysze... i znowu mateczka Koralia...
Przemęczył się w ten sposób kilka godzin, poczem zaświecił elektryczność, wstał i zaczął spisywać historyę ostatniego wieczoru. Chciał przez to rozerwać się trochę i uporządkować swoje bezładne tłoczące się myśli.
O godzinie 6-tej rano pobiegł obudzić Ya-Bona. Wyrwawszy zaspanego, przecierającego jeszcze oczy Senegalczyka z ciepłej pościeli — zaczął od wymówek:
— Więc ty sobie wyobrażasz, żeś już wszystko zrobił!... Wtedy, gdy ja sobie łamię głowę po nocy — jegomość śpi sobie w najlepsze!... Mój drogi, zdaje się, że ty masz sumienie ogromnie elastyczne!...
Słowo „elastyczne” wydało się Ya-Bonowi niesłychanie zabawnem, i szeroki dobroduszny uśmiech rozciągnął jego wargi.
— Dosyć próżnego gadania!... — zadecydował kapitan. — Nie dajesz mi poprostu przyjść do słowa!... Siadaj, przeczytaj co tu napisane i wydaj o tem swoją opinię — tylko nie idyotyczną... Co?... nie umiesz czytać?... No wiesz, śliczna edukacya!...
Westchnął i wyrwał Senegalczykowi manuskrypt z rąk: