Strona:Leblanc - Złoty trójkąt.djvu/64

Ta strona została skorygowana.

kowy zegarek, który snąć spadł z biurka... Wskazówki jego zatrzymały się na godzinie dwunastej minut dwadzieścia trzy... Przypuszczam, że zrobiło mu się słabo — wstał i upadł na ziemię... Na nieszczęście znajdował się tak blizko kominka z żarzącym ogniem, że potoczył się głową prosto w płomienie, uderzając jednocześnie z całej siły czaszką o kratę... Ogień dokonał swego dzieła... oto wszystko mojem zdaniem...
Patrycyusz słuchał ze zdumieniem:
— Więc pan sądzi, że śmierć pana Essaresa jest przypadkową, że go nie zamordowano?!
— Zamordowano?! Nic nie naprowadza mnie na tego rodzaju przypuszczenie...
— A jednakże...
— Pan, kapitanie, pozostajesz pod suggestyą osobliwego zbiegu okoliczności... Od wczoraj jest pan świadkiem tragicznych wydarzeń i dlatego podniecona pańska wyobraźnia usiłuje rozwiązać nasuwające się jej zagadnienie w sposób jak najbardziej tragiczny... Niechże się pan wszakże zastanowi... Kto i w jakim celu dopuściłby się tego morderstwa?... Bourneff i jego przyjaciele? Poco?... Przypuściwszy nawet, że ów tajemniczy Szymon zdołał odebrać im zagrabione miliony... toż przez zamordowanie Essaresa nie prowadziła droga do odzyskania... A następnie — którędyż by weszli?... I którędy wyszli?... Nie, daruje pan, panie kapitanie — pan Essares zmarł wskutek nieszczęśliwego wypadku... Lekarz podziela moją opinię...
Patrycyusz Belval zwrócił się do Koralii.
— Pani szanowna jest tego samego zdania?
Lekko zaróżowiona — odparła:
— Tak jest.
— I stary Szymon także...
— O! Szymon... — zawołał sędzia — on bredzi... Gdyby się nim kierować — to należałoby wierzyć, że pani Essares grozi jeszcze jakieś niebezpieczeństwo i że powinna jak najprędzej uciec... Chcąc poprzeć swoje twierdzenia faktami, zaprowadził mnie do ogrodu, gdzie pokazał mi martwego psa