Strona:Leblanc - Złoty trójkąt.djvu/77

Ta strona została skorygowana.

całego serca... Nie mów nic... nie protestuj... Ja czytam w twojej duszy... To mi wystarczy... Nie będę na razie zbyt wymagającym... zdobędę się na cierpliwość, choć to nie leży w mojej naturze... Ale dla ciebie... Zresztą oczekiwanie osłodzi mi pewność, że jestem kochany... To taki ogrom rozkoszy módz powiedzieć sobie: Koralia mnie kocha!... Ty płaczesz Koralio?... O! droga moja, nie śmiałem przypuszczać, że kochasz mnie do tego stopnia...
I on miał łzy w oczach... Po bladych policzkach Koralii toczyły się duże, jasne krople...
Patrycyusz pragnął!... o! jakże pragnął scałować te łzy, płynące z ukochanych oczu... Panował jednak nad sobą, czując, że w tej chwili pieszczota miłości, miałaby w sobie coś natrętnego, obrażającego...
Wpatrywał się więc tylko w oblicze Koralii wzrokiem pełnym uwielbienia.
I nagle, gdy tak tonął spojrzeniem w uroczej twarzyczce Koralii, odniósł wrażenie, że myśl jej odrywa się od jego myśli, że oczy jej przykuwa coś, czego on nie widzi — że słuch chwyta jakieś dźwięki, których on nie dosłyszał...
Wtem on z kolei posłyszał coś, czegoby nie umiał określić... Właściwie to nie był żaden hałas, ale jakieś raczej wyczucie czyjejś obecności...
Co się to dziać mogło?...
Słońce skłaniało się już ku zachodowi, posyłając przez wpółotwarte okno czerwonawe blaski... Wzrok Koralii kierował się w tę stronę...
Jeśli groziło niebezpieczeństwo — to szło właśnie stamtąd...
Patrycyusz chciał biedz do okna, gdy wtem, u futryny zarysowała się jakaś sylwetka ludzka... Potem błysnęło coś... Patrycyuszowi zdało się, że dostrzega lufę rewolweru...
— Jeżeli zauważą, że ja coś widzę... — mignęła mu myśl — Koralia zgubiona...
To też wyrzekł głośno:
— Pani musi czuć się nieco znużoną... Pozwoli pani, że ją pożegnam...