Strona:Leblanc - Złoty trójkąt.djvu/97

Ta strona została skorygowana.

— Tak jest. Wiemy także o czterech milionach. Co się z nimi stało?
Bourneff zazgrzytał zębami.
— Odebrane, skradzione, to była pułapka.
— Kto je odebrał?
— Niejaki Grzegorz.
— Kto to taki?
— Zaprzedana dusza Essaresa. Ale oto dowiedzieliśmy się, że ów Grzegorz spełniał od przypadku obowiązki szofera u Essaresa.
— To znaczy, pomagał mu transportować worki ze złotem z banku do domu.
— Tak jest. I zdaje się nam, a właściwie jesteśmy pewni, że Grzegorz jest kobietą.
— Kobietą?
— Właśnie. Jego kochanką. Mamy na to szereg dowodów. Ale to kobieta solidnie zbudowana, zuchwała i odważna jak mężczyzna. Nie cofa się przed niczem.
— Znacie adres tego Grzegorza?
— Nie.
— A odnośnie złota, czy nie macie jakichś podejrzeń, jakichś poszlak?
— Żadnych. Złoto, mojem zdaniem, znajduje się w ogrodzie, lub w pałacu przy ul. Raynouarda. Przez cały tydzień wiemy o tem, dowożono tam złoto. I nie wywieziono ani jednego worka. — Myśmy czatowali, co noc. Worki ze złotem są tam, napewno.
— Żadnych poszlak odnośnie do mordercy Essaresa?
— Żadnych.
— Czy to tylko pewne?
— Nie mam powodu kłamać.
— Hm, to pytanie, a gdyby to pan go zamordował, albo jeden z pańskich przyjaciół?
— Przewidzieliśmy, że na nas może paść posądzenie. Na szczęście jednak możemy dowieść swego alibi.
— Ha, zbadamy to. Pozatem nie ma mi pan nic więcej do powiedzenia? Żadnych rewelacji?