Strona:Leo Belmont - Złotowłosa czarownica z Glarus.djvu/106

Ta strona została przepisana.

Za chwilę go nie było — —
Pozostały po nim tajemnica i przerażenie...


ROZDZIAŁ XIV
Objawienie.

Aptekarz Engherc wymknął się natychmiast z domu doktorostwa. Zamierzał dogonić znakomitego lekarza, wytłumaczyć się przed nim ze swego dziwacznego wybuchu, a zarazem wybadać tamtego, co myśli on o zagadkowej chorobie Miggeli; miał bowiem wrażenie, iż lekarz żydowski nie wypowiedział się szczerze przed swoją chrześcijańską klientelą. Engherc był zdania, że w stosunkach pomiędzy wyznawcami pokrewnych historycznie religij, Judaizmu i Chrystjanizmu — panowała wieczysta nieufność.
Dogonił Gotlieba na zakręcie ulicy przy winiarni, mało odwiedzanej o tej porze dnia.
— Doktorze! wstyd mi, że mogłeś pomyśleć o mnie, iż ja... wierzę w czary.
Gotlieb pociągnął nosem:
— A!... ja wcale nic nie pomyślałem o panu...
Chciał pożegnać natręta. Aptekarz nie dał za wygraną.
— Czy nie wstąpiłby pan doktór ze mną do winiarni?
— Hm... poco?
— Wypilibyśmy po lampce wina... i pogawędzilibyśmy.
— Nie mam czasu!