Strona:Leo Belmont - Złotowłosa czarownica z Glarus.djvu/189

Ta strona została przepisana.

przychodził pod wieżę i nasłuchiwał jęków więzionej, które podobne były do wycia wilków i, zwłaszcza w ciszy nocnej, rozchodziły się jawnie i daleko po okolicy. W tem humanitarnem więzieniu, w najwyższej kondygnacji, nieszczęśliwa przykuta była krótkiemi łańcuchami do środkowego żelaznego słupa — mogła ledwo dowlec się na czworakach do wąskich otworów i niewidzialna dla przechodniów, — których wabiła pod wieżę ciekawość, a odpędzała rychło zgroza, (albowiem pierzchali, żegnając się znakiem krzyża), — siliła się zaczerpnąć w płuca nieco powietrza. Nocą przed błędnemi jej oczyma migały przez owe szpary gwiazdy, na których szukała aniołów, coby przyszły jej z pomocą.
Najwyższą zagadkę dla sędziów stanowił udział w sprawie Steinmüllera. Albowiem coraz jawniejszem było, że prostaczkę Annę, którą prawdomówność wielu świadków przedstawiała, jako „uczciwą i dobrą dziewczynę“ — musiał ktoś mędrszy od niej sprowadzić z drogi cnoty i nauczyć sztuk djabelskich. Nie można było jednak ustalić niewątpliwie, — a sąd był skrupulatny w dochodzeniu sprawy, — czy owym mistrzem w czarowaniu był dla Anny właśnie Steinmiiller, który nawet pod razami bicza wyparł się wszystkiego. Nadto kapryśna Miggeli, przy ponownem przesłuchaniu przez komisję śledczą, cofnęła pierwotne zeznania i oświadczyła, że Steinmüller był zawsze dobry dla niej, kołysał ją na kolanach i przynosił jej orzechy i czekoladki. Naskutek tej zmiany zeznań, nader ważkiej, ponieważ chodziło o świadectwo bezpośrednio poszkodowanej, — Steinmūllera jeszcze w przedzień powrotu Anny wypuszczono z więzienia za kaucją.
Sama Anna zaprzeczyła, aby Steinmüller udzielał jej