Strona:Leo Lipski - Dzień i noc.djvu/47

Ta strona została uwierzytelniona.


Emil spał. Czterdziestu dwu ludzi leżało na ziemi, tak, że nie wszyscy mogli równocześnie leżeć na plecach.
Ich pot parował. Ich bulgotania, jęczenia, charczenia i chrapania. Ich ręce mieszały się. Oddechy też. Sanitariusz Andrzej nie podnosił nawet głowy, gdy ktoś wołał:
— Basen!
W półśnie myślał:
— Niech srają, niech utoną w gównie, niech zdechną, niech się to wszystko razem zapadnie.
I oni srali pod siebie a kał wysychał szybko: zjadały go muchy.
Emil spał. Siódmy dzień gorączki: 41° do 42°. Mówiłem z dr. Wilczkiem. Ten powiedział:
— Panie, co pan sobie myśli? Egzantemy nie ma. Próba Weila minus. Malaria minus. Brucellosa? Zresztą jak się tu robi analizy. Dziś umarł dwudziesty szósty lekarz.
I odszedł z nowym podręcznikiem chorób tropikalnych. Na głowie Emila ktoś trzymał rękę. To dusiło — więc powiedział:
— Staszek, jak nie weźmiesz ręki...
Po kwadransie:
— Staszek, weź rękę.
Ja leżałem z drugiej strony. Powiedziałem: — Staszek nie żyje — i zdjąłem rękę. Zawołałem Andrzeja. Potrwało to trochę zanim go zabrali. Emil usnął. Bełkotał. Po chwili obudziłem go:
— Zupa!
— Mam ją gdzieś. Daj spać.
— Już szósty dzień nic nie jesz, zdechniesz.
— Zdechnę.
— Nie wolno ci.
Milczenie.
— Daj mi.
Karmiłem go. Zjadł pięć łyżek.
— Dosyć, zwymiotuję.