Strona:Leo Lipski - Niespokojni.djvu/150

Ta strona została uwierzytelniona.
NA DNIE

Gwiazdy pływały jak lilie na wodzie i drgały lekko; niebo było jak jezioro. Księżyc wchodził pomału, jak aktor na scenę.

Wiedział, że przyjdzie za pół godziny.
Chodził wolno wzdłuż ścian pięciu pokoi, jak kot ocierał się ramieniem i ustami o szafy i półki. I nie sprawiało mu to przyjemności.
Chodził dookoła zegara, czarował go i ziewał; dookoła mikroskopu ojca, przez który zobaczył po raz pierwszy, pięć lat temu, plemniki; własne. Pił wodę w kuchni, oglądał ją przedtem pod światło, maczał wargi i nos w szklance. Patrzył z bliska w oczy małego psa (nazywał się Mula) i wąchał jego wydęty, komiczny brzuch.
I nie sprawiało mu to przyjemności.
Czuł, że jest rozpięty w oczekiwaniu, jak motyl pomiędzy szpilkami.
Wtedy ułożył na pluszowej tarczy patefonu płytę, „Kołysankę królewien” Strawińskiego, którą kochał. Dwa czarnoksięskie motywy, splatające się jak tańczące węże, wyginały się w zaczarowanej kuli z kryształu, podobnej do strasznych snów małych dzieci. Gdy zastygły wolno w pozie hinduskich