Strona:Leo Lipski - Niespokojni.djvu/167

Ta strona została uwierzytelniona.


— Na środę, na czwartą po południu. Wtedy, kiedy ty ze Stanisławem.
— Ze Staszkiem.
— Ale należy go odróżnić od mojego brata.
— Jak chcesz. Mnie jest wszystko jedno.
Działo się to w okresie, gdy Emil zaczął wydobywać się ze swojej miłości jak z narkozy, jak półutopiony z wody, i nie można powiedzieć, żeby był bardzo przytomny. Nie znaczy to również, że kochał mniej Ewę.
Ale jego stosunek do niej stracił objawy choroby nerwowej, neurozy przymusu i strachu. Czuł się jak chory, który po rocznym pobycie w łóżku próbuje chodzić. Więc spróbował.
Była pewna czternastoipółletnia smarkula, która nazywała się Ala. Jej koleżanki opowiadały, że jest zarozumiała, że się puszcza, że jest anormalna, że udaje i zmyśla itd. To wystarczyło, aby się Emil nią zainteresował. Była w typie Ewy, ale przesadna w swojej rasowości, w nieludzkiej prawie linii nóg, elastyczności chodu, która byłaby na miejscu u klaczy, w gracji ruchów, które by były normalne u kotki, w typie twarzy, na który mogłyby sobie pozwolić (ostatecznie) królowa Berenike, dwunastoletnia prostytutka z Maroka lub św. Magdalena.
Emil napisał do niej list, możliwie podstępny, składający się z dwóch zdań, który by ją skłonił do przyjścia pewnego dnia o czwartej po południu na róg dwóch ulic.
Gdy przyszedł (1605), ona oglądała wystawę sklepu, w której było duże lustro, tak że mogła widzieć, co się dzieje za nią. Był jeszcze daleko od niej, gdy obróciła się na pięcie i podeszła do niego krokiem dziewczynki, która nie bardzo chętnie wita się z wujem. Powiedziała: