Strona:Leo Lipski - Niespokojni.djvu/168

Ta strona została uwierzytelniona.


— Dzień dobry — bardzo grzecznie i w tym samym stylu.
Ubrana w trencz, zwisający luźno, bez beretu, włosy nie bardzo uczesane, gołe nogi.
Szli w stronę małego parku, niebo było szare: przygaszona, płaska pogoda wczesnego lata, sprzyjająca rozprzestrzenianiu się zapachów wilgotnych i chłodnych.
Mówili o głupstwach, ale on pomyślał, że będzie z nią bardzo trudna historia. Siedziała doskonale na swoich pozach (jak jeździec na koniu), i żonglowała nimi z przerażającą nieco łatwością; wytrącona z jednej, przeskakiwała natychmiast w drugą, która była tak samo nieprawdziwa lub prawdziwa, jak poprzednia. Była w tym jakaś elementarna trudność dotarcia do tego, co można by nazwać „nią”.
Emil czuł się trochę tak jak byk, co z rozpędem uderza w czerwoną chustkę toreadora, za którą jest tylko powietrze. Czuł, że rozmowa półsłówkami, którą prowadzili, rozmowa półtonami, była grą wysokiej klasy. I ciągle trafiał na próżnię tam, gdzie, jak mu się wydawało, przed chwilą było na pewno ciało.
Ona broniła się bardzo swobodnie, wystawiała, jak tarcze, swoje wszystkie pozy, które on przebijał z rozmachem. Wtedy ona mówiła: — To jest, mój drogi, tylko tarcza z papieru, ja jestem zupełnie gdzie indziej. — Wydawało mu się, że dał się nabrać, że wygłupia się. Była w dalszym ciągu bardzo grzeczna, bardzo dziecinna.
Przeszli szybko na „ty”. Powiedział:
— Chodźmy do mnie.
— Chodźmy do ciebie. (Nie powiedziała mu jeszcze „nie”.)