Strona:Leo Lipski - Niespokojni.djvu/169

Ta strona została uwierzytelniona.


Powiesił jej płaszcz w przedpokoju. Ubrana była w prostą suknię dorastającej smarkuli.
Gdy tylko weszli do pokoju, usiadła na tapczanie. Zapalił małą lampkę. Podszedł do niej, chciał na nią popatrzeć z bliska, ale ona wstała i zaczęła obwąchiwać pokój, jak pies, który przychodzi do nowego mieszkania. Ocierała się lekko o ściany (myślał: — zupełnie jak ja), potem poszła do łazienki. Słyszał, jak odkręca kurki, zakręca. Wróciła.
— Proszę cię, siedź spokojnie, ja muszę oglądnąć pokój.
— Jak długo to trwa u ciebie?
— Piętnaście minut.
Więc oglądała stosy papierów na stole, maszynę do pisania, przez 5 minut czytała Aretina („Jak Nana córkę swoją Pipę na kurtyzanę kształciła”), potem, z powodu Magnusa Hirschfelda, zapytała, co to jest erekcja?, nie czekając na odpowiedź (bełkotał coś), zaczęła bardzo uważnie przeglądać książkę Eddingtona (— co to są neutrony?), odłożyła książki na miejsce, przejechała wierzchem dłoni po klawiaturze fortepianu i wróciła na miejsce.
Leżał na tapczanie. Patrzył na nią, jak się patrzy na zwierzęta w ogrodzie zoologicznym, jak się ruszają? i wydawało mu się, tak jak w ogrodzie zoologicznym, że ruchy jej są dziwnie obce i pociągające, że nie są ruchami człowieka.
Mruknęła długo: — Hmmm...
Wtedy postanowił, że ją weźmie za ramię, pochyli lekko, tak żeby jej twarz znalazła się pod jego twarzą. To był rodzaj ruchów, które są równocześnie postanowieniami, i każdy ruch zawiera w sobie nabój: wykonanie następnego; seria małych skoków i nigdy nie wiadomo, jaki będzie ostatni.