Strona:Leo Lipski - Niespokojni.djvu/179

Ta strona została uwierzytelniona.


Jak się w klo pali papierosa i równocześnie sra. Z tych wrażeń żadne nie robi specjalnej przyjemności. A jednak razem dają trzecie.”
— Ala, nie spodziewałam się ciebie.
Ala weszła do pokoju z bukietem kwiatów.
— To ode mnie. A od Emila pozdrowienia.
Jak zwykle — mówiła całym ciałem. Nie potrzebowała wyrazów. Robiły wrażenie zbytecznego dodatku.
— Co robisz, mała? Co robią twoje włosy, nogi...?
Zakręciła się tak, że jej plisowana spódniczka podniosła się do ud.
— Wyrzucono mnie znów ze szkoły.
— Za co?
— Nie wiem za co.
— Mają tak dużo powodów, by cię wyrzucać?
— Tak.
Siadła.
— Co zrobisz?
— Nic.
Miała komiczne wargi, górną wysuniętą nad dolną. Opuściła włosy gwałtownie, tak że zakryły jej twarz. Siedziała na stołku w pozycji prawie akrobatycznej, nogami nie dotykając ziemi, jedna ręka oparta o krzesło, druga wyrzucona w tył. Równocześnie nic sztucznego.
— Kazali twojej mamie przyjść?
— Moja mama nie pójdzie.
— Mówmy o czymś innym. Czy przysłał cię tu Emil?
— Tak.
— Z tobą jest bardzo trudno mówić. Twierdzą, że ze mną też. Ale nie ma porównania. Proszę cię, zrób sarenkę.