Strona:Leo Lipski - Niespokojni.djvu/220

Ta strona została uwierzytelniona.


Nikt nie zwolni artysty od obowiązku czuwania nad prochami. Od powinności, która go przerasta, budząc jego bunt i przerażenie. Ale jak św. Paweł, którego „List do Rzymian” leży przed nim — zapewne nieprzypadkowo — na stole, otrzymał znak, którego nie sposób zlekceważyć. Pozostaje mu tylko podporządkować się odwiecznemu prawu, nawet wtedy, gdy nie widzi w nim logiki, a świat jawi mu się jako krwawy absurd. Zostałem zabity — pisze Lipski — aby stworzyć ze zdań i słów życie, które wyrośnie na nawozie ze nie i z tych co zginęli (...) Czekam, aż obrazy podniosą się przede mną, jak przed zaklinaczem węże, obrazy owszonych i żywych, wciskających usta w wargi trupów, obejmujących je udami, aż zmieszają się w wielkim składzie potu, łajna, strachu i otępienia i odsłonią to, co było przedtem (...).
Skąd jednak posiąść wiedzę jak złączyć te obrazy. by cienie ożyły naprawdę? Czy można tchnąć w papier istnienie, które byłoby choćby echem tego, które zostało przekreślone rękami morderców? Oto pytania, które każdemu artyście mogłyby wytrącić pióro z ręki. Wszak nie ma pewności, jaki rysunek ukochanych twarzy, jaki zapis niedawnego szamotania się „niespokojnych” przyjaciół na okrutnej ziemi zyskałby ich przyzwolenie. Milczenie umarłych jest najwyższym wymogiem prawdy. Tymczasem nikt nie zna artystycznych kanonów, które mogłyby być pomocne w zmierzeniu się z ich pięknem i niezwykłością, z tragedią i grozą ich losu. I nie ma też miary czasu, wystarczającego na zamknięcie tak bolesnego rachunku z przeszłością. Swój kadisz za piękną Idę, brata Stanisława i wszystkich przyjaciół młodości Lipski odmawiał na pożółkłych kartach swej pierwszej powieści przez pół wieku, otwierając je być może każdego dnia pozbawionymi czucia, sparaliżowanymi bezwładem palcami. Tę żałobną modlitwę, która stała się jego pisarską udręką, przerwała dopiero śmierć, łącząc go z tymi, których prochy rozwiał straszliwy wiatr Holokaustu.

Stanisław Bereś