Strona:Leo Lipski - Niespokojni.djvu/72

Ta strona została uwierzytelniona.


Mówiła przez zęby, bo trzymała między nimi szpilki do włosów.
— Chcemy cię wziąć na kolację.
— Mmmmmmmm....
Emil lubił patrzeć na szminkujące się i czeszące kobiety. Wyraz natężonej do ostateczności uwagi, skupienia. Jakby chciały tę w lustrze zahipnotyzować. Równocześnie ulegają hipnozie tej z lustra. Zbliżają się do lustra, oddalają, robią wrażenie lunatyczek. I ich ruchy powolne, prawie obrzędowe: czesanie brwi, czesanie rzęs. I głos nieobecny, roztargnione: — Tak. Tak. Nie. Nie. — Jakby miały zemdleć. Potem nagłe przebudzenie.
— Gotowe — zawołała Pola. Na ulicy:
— Do jakiej restauracji idziemy?
— Do mnie do domu.
— Ja nie chcę. Ja boję się twojego taty. On ma takie niebieskie, porcelanowe oczy i tak dziwnie patrzy. Pewnie pożera dziewczęta.
W domu. Matka Emila czuła się źle i leżała w łóżku, Staszek był na meczu (oświetlony lampami łukowymi stadion), Filip miał niedługo nadejść z pracowni.
Siedzieli we troje wokół staromodnego, dębowego stołu. Obowiązkowych dwanaście krzeseł. Pola, zdenerwowana i ciekawa, paplała ze sztuczną swobodą; Jankowi dzwonił w uszach rozklekotany fortepian Joanny i jego własny dawny głos, który zadał cierpienie Emilowi (jak bardzo był dumny wtedy...); Emil starał się sobie wyobrazić, jak to będzie bez Janka.
Nadszedł Filip, przywitał się z Polą, mruknął do Janka:
— No, cóż? — i usiadł.

68