Strona:Leo Lipski - Powrót.djvu/121

Ta strona została uwierzytelniona.


Na samym dnie siedziała ona wśród gwiazd i wodorostów, z podkurczonymi nogami, pół bóg, pół zwierzę, podnosząc ciężkie złote powieki...

Nagle wstała (jego głowa upadła na dywan), podeszła do okna:
— Drań jesteś!
To były pierwsze słowa, które dziś wymówiła.
— Powiedziałeś chwilę temu, że zdychasz, że masz ochotę lizać ziemię. A gdy przyjechał stary ptak Rachmaninow mówiłeś to samo, gdy słyszałeś Landowską, starego ptaka, mówiłeś to samo, gdy czytałeś Montherlanta, to samo, gdy Anderson śpiewała Śmierć i dziewczynę...
Zaśmiała się.
Przyczołgał się do okna; leżąc na podłodze dotknął językiem jej stopy i mruczał:
— O, tak, Rachmaninow to jest stary ptak-orzeł, jego twarz, gdy grał, stałem przy estradzie, jest twarzą konającego, twoją twarzą tej chwili, gdy mówiłem do ciebie, słyszałem, jak dyszy i syczy, jak ty. I miałem ochotę wtedy, słusznie, i innym razem też, bogom za to dzięki, wyć, i wyłem, i teraz też, gdy liżę twoją nogę, gdy zlizuję z niej morską sól, należy próbować wszystko wargami, mieszać w sobie i ciebie, i to, gdy pewnego dnia pójdziesz, i Russela, i czarną Anderson, i brzuch mojego psa, i rzeczy, których nie znam, i wtedy...
Zobaczyła jego wywrócone oczy i połyskujące białka. Powiedziała:
— Jesteś komediant. Mimo to kocham cię.
— Jestem nim też.

— Leżymy jeszcze na dnie morza?
— Ja tak, a ty nie.
— Popatrz, woda jest intensywnie niebieska, cytrynowo-żółte światełka na czułku tej żabnicy, a tu ryba bez własnych świateł. Przechodzimy w gęsty kolor turkusowy, kałamarnica o bladoniebieskich i bladozielonych światłach.
— Przestań. Ty nie masz tak prawa mówić.
— Dlaczego?
W tej chwili zadzwonił telefon.
— Psia krew.
— Do cholery.
Telefon dzwonił długo, bardzo długo. Potem przestał.