Strona:Leo Lipski - Powrót.djvu/137

Ta strona została uwierzytelniona.


— Mają tak dużo powodów, by cię wyrzucać?
— Tak.
Siadła.
— Co zrobisz?
— Nic.
Miała komiczne wargi, górną wysuniętą nad dolną. Opuściła włosy gwałtownie, tak że zakryły jej twarz. Siedziała na stołku w pozycji prawie akrobatycznej, nogami nie dotykając ziemi, jedna ręka oparta o krzesło, druga wyrzucona w tył. Równocześnie nic sztucznego.
— Kazali twojej mamie przyjść?
— Moja mama nie pójdzie.
— Mówmy o czymś innym. Czy przysłał cię tu Emil?
— Tak.
— Z tobą jest bardzo trudno mówić. Twierdzą, że ze mną też. Ale nie ma porównania. Proszę cię, zrób sarenkę.
Ala zrobiła sarenkę. Zrobiła na dwóch nogach, to wcale nie przeszkadzało, i już ja, Leo, nie potrafię tutaj nic dodać, poza tym: niesłychana delikatność, kruchość, świeżość ruchów: sarenka, chodząca na dwóch nogach, ze zgiętymi przednimi łapkami, obracająca głowę za powiewem wiatru, nerwowa strasznie, za najmniejszym szelestem drgająca całym ciałem.
— Ty musisz się Emilowi podobać.
— Podobam się. Ale on cię kocha.
Po chwili:
— No, pa.
— Hallo! Próbowałaś grać Kleopatrę Shawa?
— Próbowałam.
I „pa“ z daleka.
„Nie ma. Nie ma. Czy mogłabym odstąpić Emila? Tak. Nie. Raczej tak.
Czy on Alę? Sobie nie zdaję sprawy, że ona w tym samym pokoju co ja. «Nie masz pojęcia, jak się ona komicznie kula po tapczanie». Albo udajesz, albo cię to nie obchodzi. Chyba udajesz, moja kochana. Moje łabędziątko. Moja myszko kanadyjska.
Emil i ty. Dwoje narcyzów między sobą. Ale ty mniej niż Emil. Za to ty — kurwy, odjazd, mężczyźni. Odjazd gdziekolwiek.
Zmiana. I śmierć. Ja wiem, że to ze śmiercią jest anormalne.
Ale proszę cię, Boże, jeśli istniejesz, jakikolwiek tam istniejesz, uroczyście, nawet bardzo, przestań z tą ironią skierowaną do siebie, proszę cię, nie pozwól mi przestać czuć intensywnie, choćby to