Strona:Leo Lipski - Powrót.djvu/145

Ta strona została uwierzytelniona.


Poruszył głową. Uśmiechnął się i pogłaskał ją po włosach. Od myśli, że ona może czuć to samo, drgały mu ręce. Był wzruszony, ukląkł i pocałował ją w kolano małej dziewczynki.
Ale zobaczył, że jest sucha i surowa. Patrzyła na niego, ale poprzez niego.
— Więc nie chodzi tylko o to — pomyślał — gdybym jej nie kochał, wiedziałbym, o co chodzi.
Był wieczór i prowadziła go przez ulice, które lubił, przez podwórza, przez ganki półśredniowieczne wsparte na drewnianych słupach. Nie było w niej dziś strachu człowieka, którego się ściga, natomiast on był przesadnie ostrożny i zwracał jej uwagę:
— Ten typ gapi się na ciebie.
Nie odpowiadała.
Różni ludzie z okien nad ziemią i z okien pod ziemią patrzyli na nich. Śmietniki, dużo kotów, przemknął szczur. W końcu drewniane, wytarte schody, zapach klozetów, obskurny ganek.
— Przez to okno?
— Tak.
O mało nie upadł i był zły. Ona skakała jak młoda koza. Światło nocnej lampki, łóżko niebieskie, ściany popielate, szafa niebieska, dużo maskotek (same koty, tylko jedna małpa).
— Mówiłaś, że masz okropny pokój. On jest miły.
— Ale to mnie dużo kosztowało. Dwa lata awantur. Podeszła do szafy.
— Odwróć się.
Gdy gapił się na ścianę i usiłował odnaleźć zapach pokoju jak pies:
— Nie powiedziałeś mi jeszcze: „Montherlant twierdzi, że każda młoda dziewczyna chce w końcu pokazać swojemu... (tu zawahała się i połknęła wyraz) swoich rodziców”. Zdaje się, że o pokoju nie mówi. To było wystarczającym powodem, aby mój pomysł nazwać głupim. Ty nie chciałbyś, abym ja była jak każda młoda dziewczyna. A jednak ja jestem jak wiele dziewcząt.
Skurczył się cały, gdy ona połknęła ten wyraz, na podobieństwo ślimaka, który się chowa do skorupy, wydzielając śluz. Śluzem były słowa:
— Zgadzam się z tobą. (Nie zgadzał się).
I potem:
— Nie należy się wstydzić komunałów, jeśli są prawdziwe, ani uczuć, które były tyle razy źle i dobrze opisywane, że wydają się