Strona:Leo Lipski - Powrót.djvu/155

Ta strona została uwierzytelniona.

— Nie martw się, nie martw się.
— Ażebyś ty wiedział, co to jest, to byś nie mówił „nie martw się”.
— Co to jest, na miłość boską?
— Dziecko jest.
— Gdzie?
W pierwszej chwili nie zrozumiał. Ona popatrzyła na niego z wyrzutem, a on pomyślał sobie, jaki jest idiota.
— Ach, tak.
— Ja ci się chcę coś zapytać. Czy to jest prawda, taki sposób próbowania, czy dziecko jest, czy nie? Wpuszcza się kobiecie mysz... no tam, jak mysz zdechnie, to jest, jak nie, to nie. Czy to prawda?
„W tej postaci dotarła do niej próba Aschheima-Zondeka” — pomyślał, a jednocześnie miał wrażenie, że cofa się daleko.
— To nie jest prawda. Ale nie martw się. Wypisiasz się do flaszki i ja zaniosę to mojemu tacie, że to niby moja znajoma.
Już raz to robił. Sam zastrzykiwał mocz myszkom i jego ojciec tylko stwierdzał wyniki.
— Tak?
— Tak.
Ona była w dalszym ciągu zamyślona.
— A jak on mi zrobił dziecko?
— To będzie ci trzeba skrobać.
— Co to jest?
— To jest taka mała, mała operacja.
Blaski w kuchni wprawiały go w niepokój. Coraz wyraźniej błyszczał rondel, tak że jej głowa była otoczona aureolą, jak głowa świętej.
— A czy trzeba leżeć potem?
— Jak będę na mieście, to wyślę telegram, że twoja mama jest chora, i tak to ty poleżysz ze dwa dni.
— Nie chcę.
— Dlaczego?
— Bo... nie. Bo takich żartów się nie robi.
Pauza.
— Bo ja widzę co nocy twoją mamę.
— Głupia.
— Niech będzie głupia.
— Śni ci się.
— Nie, widzę.
— Głupia.