Strona:Leo Lipski - Powrót.djvu/178

Ta strona została uwierzytelniona.


Podała mi rękę. Jak dobrze to dziś pamiętam. Co robisz po tylu latach, Olgo?
Teraz byłem na prawach wyjątkowych. Nawet naczelnik obozu nie mógł mnie usunąć łatwo.
Zapomniałem, że ona już weszła, a za nią Grisza. Grisza prycha, kaszle, ma czerwoną twarz. Więc ja zaczerwieniłem się, że oni idą do tego członka. Myślę: — Dobrze, że nie muszę tam być. Ale ona mówi:
— Może ty pójdziesz. Ty byłeś w karcerze? No to dobrze. Pójdziemy.
Ona jest w walonkach, przyjemnie ubrana. Idziemy w stronę śniegu, który jest jak jedwab. Ona pyta:
— Czy to prawda, że zwolniłeś pijanego?
— Prawda. Ale on był z milicji. Zastępca naczelnika.
— Powinieneś bardzo uważać.
— Jak mam uważać?
— Słuchaj, ty nie jesteś u nas długo. Sowiecki człowiek wie, nawet w obozie, jak się zachować. A ty nie. Chcesz pracować w szpitalu?
— Chcę, tylko...
— Ja wiem. Tylko nie będziesz mógł... Tak?
— Tak.
— No to zostań w ambulatorium. Tylko nie rób idiotyzmów. Dobrze, że o tym pijanym opowiedział mi Fiedia.
Dmie znad Wołgi.
— Czy to prawda, że wolna siostra Natasza ma się ku jakiemuś zekowi?
— Prawda. Wszyscy o tym mówią. Że to odbywa się na stole w ambulatorium. Na bardzo niewygodnym...
— Dość. Mówmy o czymś innym. Będę musiała zwolnić Buehlera.
— Dlaczego?
— Rozkaz z góry, że wszyscy z 58... Bardzo go lubiłam. Dość.
Popatrzyłem na nią. Dziewczyna z liceum w szkolnym płaszczu. Granatowy z futerkiem na brzegach. Z kołnierzem barankowym. Tylko na głowie skórzana czapka na uszy. Skośne, niebieskie oczy.
— Aha, asenizatorzy sprawują się dobrze? Podczas twoich dyżurów?
— Dobrze. Teraz jest... — nie wiedziałem, jak po rosyjsku powiedzieć „kał” — zamarznięty i tylko trzeba go odrąbywać.
— Gówno, chciałeś powiedzieć.