Strona:Leo Lipski - Powrót.djvu/191

Ta strona została uwierzytelniona.


Wania przeciąga się i mówi:
— Może by my się czego napili? Pietia?
— A czego?
— Denaturatu, naturalnie. Ale go będzie trzeba traszki przesączyć.
— Sącz.
— Już idę.
I leży.
— Ale na ząb coś położyć, to także warto.
— Warto.
— Więc?...
— Grisza, marsz do kuchni.
— Ja mam gorączkę.
— Symulujesz, bracie, zdaje ci się tylko. Marsz. A ty, Pietia, zabierz się do sączenia. Tylko trzeba będzie zrobić pięć sączków. A zresztą ja mogę pić niesączony.
Cisza.
Wrzeszczy:
— Ja wam, sukinsynom, zęby powybijam, powieszę...
Teraz nie należało żartować. Pietia zabrał się do sączków. Grisza — do kuchni.
— A ty — ty do mnie chodź.
Niby ja. Zupełnie zmieniając barwę głosu, prawie pieszczotliwie:
— Co z Natią?
— A nic. Kazała ci się kłaniać. Powiedziała, że więcej tu nie przyjdzie.
Chwila ciszy. Zupełnej ciszy. Mówię:
— Masz walonki.
— Nie będą mi potrzebne. A płaszcz, ten twój granatowy, pożyczysz mi?
— Tak.
— Tak.
— No, to dobrze.
Zamknął oczy. Udając, że śpi. Minuta, dwie, trzy. W końcu:
— No to kurwa.
I już nie udaje. Patrzy w powałę. W milczeniu Pietia cedzi denaturat. Przez pięć sączków. Czas się wlecze. Wraca Grisza:
— Będzie za pół godziny.
Spirytus kapie, kapie. Nikt nic nie mówi. Wania patrzy w powałę. Grisza kładzie się na podłodze. Ja też. Pod głową fufajki. Grisza