Strona:Leo Lipski - Powrót.djvu/198

Ta strona została uwierzytelniona.


Emil, który miał wątpliwości:
— Ale tu nie ma chorych na tyfus, co?
Andrzej, który miał do czynienia z wieloma bredzącymi, mruknął:
— Naturalnie że nie.
Jedno ciało na podłodze ucieszyło się:
— Właśnie, że tak. Sam tyfus, idiota.
— Panie, ja mam sraczkę, żaden tyfus.
— Kładź się pan.
Popatrzył jeszcze raz na kartkę:
— Naturalnie że tyfus.
— Ja się nie kładę. Zarażę się.
— Kładź się pan.
Emil szturchnął Andrzeja i wybiegł na podwórze.
W tej chwili zobaczyłem kogoś biegnącego w koszuli sięgającej do pępka. Nie poznałem go. Za nim trzech sanitariuszy. Wszystko to pod niebem wygiętym jak szklany dzwon.

W ten sposób Emil został u nas. Niebo było rozpalone do białości. Kwiaty z ognia chwiały się na białej ziemi, popękanej, jak wargi w gorączce. Kał zaczynał się powoli gotować w cynowych nocnikach.
Emil spał. Czterdziestu dwu ludzi leżało na ziemi, tak że nie wszyscy mogli równocześnie leżeć na plecach.
Ich pot parował. Ich bulgotania, jęczenia, charczenia i chrapania. Ich ręce mieszały się. Oddechy też. Sanitariusz Andrzej nie podnosił nawet głowy, gdy ktoś wołał:
— Basen!
W półśnie myślał:
— Niech srają, niech utoną w gównie, niech zdechną, niech się to wszystko razem zapadnie.
I oni srali pod siebie a kał wysychał szybko: zjadały go muchy.
Emil spał. Siódmy dzień gorączki: 41° do 42°. Mówiłem z doktorem Wilczkiem. Ten powiedział:
— Panie, co pan sobie myśli? Egzantemy nie ma. Próba Weilla minus. Malaria minus. Bruceloza? Zresztą, jak się tu robi analizy. Dziś umarł dwudziesty szósty lekarz.
I odszedł z nowym podręcznikiem chorób tropikalnych. Na głowie Emila ktoś trzymał rękę. To dusiło — więc powiedział:
— Staszek, jak nie weźmiesz ręki...
Po kwadransie:
— Staszek, weź rękę.