Strona:Leon Tołstoj - Anna Karenina Tom I.djvu/122

Ta strona została skorygowana.

„Doprawdy jest coś obcego, szatańskiego i zachwycającego w niej“ — pomyślała Kiti.
Anna nie chciała zostać na kolacyi, lecz gospodarz zaczął usilnie zatrzymywać ją.
— Niech pani zostanie, Anno Arkadjewno — odezwał się Korsuński, biorąc ją pod rękę. — Wpadłem na myśl doskonałego kotyliona! Un bijon! — Mówiąc to Korsuński wraz z Anną posuwał się naprzód, chcąc ją wciągnąć w wir tańca. Gospodarz uśmiechał się z zadowoleniem.
— Nie, nie mogę pozostać — odpowiedziała Anna, uśmiechając się; pomimo jej uśmiechu i Korsuński i gospodarz zmiarkowali ze stanowczego tonu, jakim im Anna odpowiedziała, że nie pozostanie.
— Stanowczo nie mogę, i tak już w Moskwie na jednym balu u państwa tańczyłam więcej, niż w Petersburgu w ciągu całej zimy — odrzekła Anna, oglądając się na stojącego koło niej Wrońskiego.
— Więc pani stanowczo jutro jedzie? — zapytał Wroński.
— Tak, chciałabym... — odparła Anna, jakby zdziwiona jego śmiałością, lecz nie dające się ukryć spojrzenie i uśmiech Anny uderzyły Wrońskiego podczas tej krótkiej rozmowy.
Anna Arkadjewna nie została na kolacyi i pojechała do domu.

XXIV.

„Tak, jest we mnie coś wstrętnego, odpychającego“ — myślał Lewin, wyszedłszy od Szczerbackich i idąc do brata. „Na nic nikomu nie przydam się; powiadają, że to duma... nie... ja nie jestem nawet dumnym: gdybym był dumnym, nie narażałbym się na takie położenie.“ I Lewin wyobrażał sobie Wrońskiego, jako szczęśliwego, dobrego, rozumnego i spokojnego człowieka, który napewno nigdy nie był w tem strasznem położeniu, w jakiem on, Lewin, znalazł się dzi-