Strona:Leon Tołstoj - Anna Karenina Tom I.djvu/126

Ta strona została przepisana.

— A, Kostia! — odezwał się, poznając brata i w oczach błysnęła mu radość, lecz w tej chwili spojrzał na młodego człowieka, zrobił, dobrze znany Konstantemu, ruch głową i szyją, jak gdyby chciał sobie poprawić kołnierzyk, i twarz jego przyjęła zupełnie inny wyraz: zupełnie dziki, pełen bolu i okrucieństwa.
— Pisałem i do pana i do Sergiusza Iwanowicza, że was nie znam i znać nie chcę. Co ci... co panu potrzeba?
Konstanty zastał Mikołaja zupełnie innym niż się spodziewał, gdyż myśląc o bracie, Lewin zapominał zawsze o przykrych i ujemnych cechach jego charakteru, utrudniających i czyniących niemożliwymi wszelkie stosunki z nim; obecnie, gdy Konstanty ujrzał tę twarz, a szczególniej, gdy ujrzał nerwowy ruch głowy, przypomniał sobie o wszystkiem.
— Nic mi od ciebie nie potrzeba — odpowiedział nieśmiało. — Chciałem poprostu zobaczyć się z tobą.
Nieśmiałość brata zmiękczyła widocznie Mikołaja; wargi drgnęły mu nerwowo.
— Jak się miewasz? — zapytał. — Wejdź i siądź. Będziesz jadł kolacyę? Masza, przynieś trzy porcye. Czy wiesz kto to jest? — zapytał brata, wskazując na młodego człowieka w bluzie — to pan Krycki, mój przyjaciel jeszcze z Kijowa, człowiek zasługujący na uwagę. Ma się rozumieć, że policya prześladuje go, gdyż nie jest gałganem.
Skończywszy mówić, Mikołaj, jak to miał w zwyczaju, obejrzał się po obecnych w pokoju.
Dostrzegłszy, że kobieta, stojąca dotąd we drzwiach, ma zamiar wychodzić, Mikołaj zawołał na nią: „Zaczekaj, mówiłem ci przecież!“ i zaczął z trudnością, nieskładnie, oglądając się na wszystkich, opowiadać Konstantemu historyę Kryckiego: jak go wypędzili z uniwersytetu za założenie stowarzyszenia, mającego na celu przychodzenie z pomocą ubogim studentom; jak potem został nauczycielem w szkole ludowej i jak stamtąd również został wydalonym, potem zaś znowu wytoczono mu proces i t. d.