Strona:Leon Tołstoj - Anna Karenina Tom II.djvu/423

Ta strona została skorygowana.

— Cóżeś ty myślał o mnie? Nie myślałeś, żem ja już umarła?
— Nie wierzyłem w to nigdy.
— Nie wierzyłeś, serce ty moje?
— Wiedziałem, wiedziałem dobrze! — powtórzył i ująwszy jej rękę, którą gładziła go po włosach, przycisnął dłoń matki do swych warg i całował ją namiętnie.

XXX.

A tymczasem Wasilij Łukicz, który nie wiedział z początku kto była ta dama, dowiedziawszy się z podsłuchanej rozmowy, że to ta sama matka, która porzuciła męża, a której nie znał, gdyż zaczął pełnić swe obowiązki już po jej wyjeździe, wahał się, czy ma wejść, czy nie, czy też zawiadomić o wszystkiem Aleksieja Aleksandrowicza. Zmiarkowawszy wreszcie, że obowiązkiem jego jest budzić Sierożę o oznaczonej godzinie, i że niema żadnej racyi wdawać się w szczegóły, kto tam siedzi, czy matka, czy też kto inny, a trzeba zadośćuczynić swym obowiązkom, ubrał się, podszedł do drzwi i otworzył je, lecz pieszczoty matki i syna, dźwięki ich głosów i rozmowa ich wpłynęły na zmianę jego postanowienia.
Pokiwał tylko głową i westchnąwszy, zamknął drzwi.
„Poczekam jeszcze dziesięć minut“ — rzekł do siebie spluwając i ocierając łzy.
Służba domowa była w kłopocie. Wszyscy wiedzieli, że pani przyjechała, i że Kapytonycz doprowadził ją do pokoju Sieroży, a tymczasem pan, codziennie o godzinie dziewiątej zachodzi do syna. Wszyscy wiedzieli, że spotkanie się małżonków jest niemożebnem i że należy mu zapobiedz koniecznie. Kamerdyner Korniej zszedł na dół i zaczął dopytywać się kto i kiedy wpuścił Annę? Dowiedziawszy się, że to Kapytonycz, począł czynić mu wymówki. Szwajcar słuchał w milczeniu, lecz gdy Korniej oświadczył, że za to należy