Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/104

Ta strona została przepisana.


szczęście moje ciągle wzrastało. Nie mówiliśmy o miłości, nie pytałem ani siebie ani jej, czy mię kocha. Wystarczało mi moje ku niej uczucie. Bałem się tylko, by coś mi tego szczęścia nie zmąciło.
Kiedy przyjechałem do domu i rozebrałem się, zobaczyłem, że niema mowy o śnie. Miałem w ręku piórko od jej wachlarza i rękawiczkę, którą mi dała, siadając do karety. Patrzałem na te przedmioty i widziałem ją przed sobą w chwili, gdy wybierając między dwoma tancerzami, zgadywała i mówiła miłym głosem: „Duma, tak?“ a potem z radością podawała mi rękę, lub gdy przy kolacji patrzała na mnie z pod rzęs życzliwemi oczami, przechylając ku ustom kieliszek z szampanem. Najbardziej pamiętałem ją, tańczącą z ojcem, gdy poruszała się zręcznie u jego boku, patrząc z radością i dumą na zachwyconych nimi widzów. Mimowoli łączyłem w myślach te dwie postacie w uczuciu pełnem tkliwości i wzruszenia.
Mieszkałem wówczas z mym, nieżyjącym już bratem. On nie lubił świata, nie bywał na balach, a teraz przygotowywał się do egzaminu adwokackiego i prowadził bardzo systematyczne życie. Brat spał. Popatrzałem na jego głowę, wciśniętą w poduszkę i przykrytą kołdrą flanelową i żal mi się go zrobiło dlatego, że nie znał i nie podzielał szczęścia, którego ja doznawałem. Lokaj nasz, Pietrusza, wyszedł na moje spotkanie ze świecą i chciał mi po-