Otwórz menu główne

Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/121

Ta strona została przepisana.


— Źle z nami, nie udało się. Słyszałaś? Nie pozwala.
Ustynja, milcząc, zakryła oczy fartuchem i rozpłakała się.
Alosza cmoknął językiem.
— Jakże nie posłuchać? Widocznie trzeba dać spokój.
Wieczorem, gdy kupcowa kazała mu zamknąć wrota, spytała go:
— Cóż, usłuchałeś ojca, porzuciłeś swe głupstwa?
— Zdaje się, że tak — odrzekł Alosza, roześmiał się i równocześnie rozpłakał.


∗             ∗

Od tego czasu Alosza więcej nie mówi z Ustynją o ożenku i żył jak dawniej.
W czasie postu subjekt kazał mu usunąć śnieg z dachów. Alosza wlazł na dach, oczyścił go cały i zaczął odrywać przymarznięty śnieg u rynien; wtem noga mu się powinęła i upadł razem z łopatą. Nieszczęście chciało, że upadł nie w śnieg,