Otwórz menu główne

Strona:Lew Tołstoj - Wiatronogi.djvu/14

Ta strona została przepisana.


Skrzypnęły wierzeje i wnet cała stadnina: młode klaczki, ogierki, źrebięta i ciężarne matki, stąpając ostrożnie i obwąchując po drodze słomę, zaczęły mijać kolejno wrota. Młodsze konie tłoczyły się u wyjścia i, zakładając jedne drugim na szyję głowy, przebierały kopytami na progu, za co im co chwila wymyślał parobczak.
Źrebięta rzucały się ku własnym, a nieraz i cudzym matkom i odzywały się rżeniem donośnym na wołania swych rodzicielek.
Jedna młoda kobyła, łobuz jakich mało, minąwszy wierzeje, zagięła szyję i kwiknąwszy wierzgnęła raz i drugi, nie ośmieliła się jednak wyprzedzić szpakowatą, popstrzoną hreczką Żułdykę, która powolnym ciężkim krokiem poważnie stąpała, jak zwykle, na czele stada.
W parę minut zagroda, przed chwilą tak pełna życia, opustoszała zupełnie, pozostały jedynie smutnie sterczące słupy i stratowana, powalana gnojem słoma.
Wałacha, chociaż był przyzwyczajony do tego widoku, obraz ten napełnił widocznie smutkiem, gdyż westchnął o ile mu pozwoliły ściągnięte popręgi, machnął parę razy głową i wlokąc swe osłabione i popsute nogi ruszył za stadniną, unosząc na kościstym grzbiecie starego Fedzia.
— Wiem teraz — myślał sobie wałach — jak tylko wyjedziemy na drogę, zacznie się krze-