Otwórz menu główne

Strona:Lew Tołstoj - Wiatronogi.djvu/46

Ta strona została przepisana.


Mój współzawodnik miał czas nabrać rozpędu, to też z początku pozostawałem w tyle, na drugim jednak zakręcie zacząłem się zbliżać do linijki, po chwili zrównaliśmy się, zacząłem go wyprzedzać i pobiłem na głowę. Spróbowano raz jeszcze. Znowu zwyciężyłem; okazało się, że jestem szybszy. Strach ogarnął wszystkich.
Generał prosił, by mnie sprzedano jak najdalej: „żeby i słychać o nim nie było, bo jak się dowie hrabia, będzie bieda“ — tak mówił. Sprzedano mnie liwerantowi w Korzeniowie, gdzie niedługo popasałem. Potem nabył mnie huzar, który przyjechał zakupić konie do pułku. Wszystko to wydało mi się tak niesprawiedliwe i okrutne, że byłem poprostu rad, gdy mnie wyprowadzono z Chrzanowa i gdym się na wieki rozłączył z tem wszystkiem, co jest rodzinne i miłe sercu.
Zanadto mi tam ciężko było. Moim braciom przypadły w udziale miłość, wolność i dostojeństwa — mnie zaś praca, poniżenia, poniewierka, praca do ostatniego tchnienia życia. I za co? Za to, że byłem srokaty i że z tego powodu sądzono mi było stać się czyjąś własnością...
Tu Wiatronogi musiał przerwać opowiadanie. Na dziedzińcu stał się wypadek, który zaniepokoił wszystkich. Kupczycha, spóźniona źrebna klacz, która słuchała opowiadania, raptem odwróciła się, podwlokła się pod stodołę i za-