Otwórz menu główne

Strona:Lew Tołstoj - Wiatronogi.djvu/54

Ta strona została przepisana.


Książę dowiedział się o tym w jej mieszkaniu. Była może piąta po południu. Nie zdążyłem wytchnąć, kiedy ruszyliśmy w pogoń. Wtenczas po raz pierwszy zacząłem otrzymywać baty i byłem zmuszony galopować. Po raz pierwszy w życiu zarwałem w galop, zawstydziłem się bardzo, chciałem się poprawić — aż tu słyszę, książę wrzeszczy dzikim głosem — „ruszaj“! —
Świsnął bat, zaciął mnie po skórze i pogalopowałem, kalecząc nogi o żelazną sztangę. Dopędziliśmy ich na dwudziestej piątej wiorście. Przywiozłem jeszcze księcia z powrotem, miałem za to dreszcze całą noc i nie mogłem nic jeść. Zrana napojono mnie. Napiłem się wody i na zawsze przestałem być takim koniem, jakim byłem przedtem. Chorowałem. Męczono mnie, kaleczono, — to się u ludzi nazywa leczenie. Oblazły mi kopyta, porobiły się opoje, nogi się skrzywiły, zacząłem doświadczać braku tchu i utraty sił. Sprzedawano mnie liwerantowi. Ten karmił mnie marchwią i jeszcze jakąś mieszaniną. W ten sposób zrobił ze mnie coś takiego, co mogło oszukać profana, ale co było zupełnie nie podobne do dawnego Wiatronogiego; ani chodu ani siły dawnej nie było.
Prócz tego męczył mnie liwerant jeszcze w ten sposób, że, jak tylko zaczęli się zjawiać kupcy, wchodził do klatki, bił mnie olbrzymim batem i straszył, co mnie doprowadzało do