Otwórz menu główne

Strona:Lew Tołstoj - Wiatronogi.djvu/58

Ta strona została przepisana.


wieczornej herbaty; przy herbacie siedział gospodarz, gospodyni i przybyły gość.
Około samowara krzątała się pani domu, jak można było wnioskować z jej figury — brzemienna: znać to było z jej wyprężonej postawy a zwłaszcza z wyrazu wielkich, jakby w wewnątrz wpadniętych oczu, któremi patrzała łagodnie i z powagą.
Gospodarz trzymał w ręku pudełko niezwykłych, starych cygar, jakich, według słów jego, niema nikt w całej okolicy, i właśnie chciał zaimponować gościowi.
Gospodarz był to piękny 25-letni mężczyzna; wycackany, wyfryzowany, miał na sobie świeży garnitur wprost z Londynu. Przy zegarku wisiały drogie breloki; w mankietach błyszczały wielkie, złote spinki z kameą. Brodę nosił à la Napoleon III, a mysie wąsiki sterczały wyfiksatuarowane tak sztucznie, jak tylko potrafią zrobić to w Paryżu.
Gospodyni miała jedwabną suknię w jaskrawe bukiety; wielkie dziwnego kształtu złote szpilki tkwiły w jej pięknych, gęstych choć nie całkiem własnych włosach. Na rękach błyszczały bransolety i moc pierścionków, a wszystkie drogocenne.
Pyszny lokaj we fraku w białej kamizelce i białym krawacie stał we drzwiach jak posąg, gotowy do usług.