Otwórz menu główne

Strona:Lew Tołstoj - Wiatronogi.djvu/59

Ta strona została przepisana.


Meble były gięte, pozłacane; tapety ciemne w duże kwiaty. Około stołu kręcił się, dzwoniąc srebrną obróżką, charcik angielski, niezwykle delikatny, na którego wołano bardzo trudnym angielskim przezwiskiem, wymawianym przez państwo, nieznających języka, z trudnością. W kącie, między kwiatami, widniał inkrustowany fortepian. Wszystko tchnęło przepychem i bogactwem. Wszystko było bardzo ładne, chociaż nosiło specyficzny charakter przesadnego zbytku i bezmyślności. Gospodarz był zapalonym sportsmenem: krępy, sangwinik w rodzaju tych, co to się na kamieniu rodzą, jeżdżą w sobolach, rzucają drogie bukiety artystkom, piją najdroższe wina z najmodniejszą marką w pierwszorzędnych hotelach, wyznaczają na wyścigach nagrody własnego imienia i utrzymują najdroższe kokoty...
Gość — Gotfryd Sierpiński był to wysoki, otyły, czterdziestoletni mężczyzna, łysy, z bakami i wąsami jak miotły. Niegdyś musiał być bardzo przystojny, obecnie podupadł widocznie moralnie, fizycznie i materyalnie. Miał tyle długów, że musiał urzędować, aby nie dostać się do więzienia.
Jechał obecnie do gubernialnego miasta jako naczelnik Towarzystwa hodowli koni.
Miejsce to wyrobili mu wpływowi krewni.
Miał na sobie letni mundur i granatowe