Otwórz menu główne

Strona:Lew Tołstoj - Wiatronogi.djvu/67

Ta strona została przepisana.


i darowano koniuszemu. Ten go wykastrował i sprzedał liwerantowi; niema już teraz takich koni, kochanku — to były czasy! „Ach wy lata młode, młode lata“! zanucił cygańską piosenkę.
Gotfryd zaczynał nabierać animuszu.
— Dobre to były czasy, miałem 25 lat i 80 tysięcy rocznego dochodu, ani jednego siwego włosa, zęby — jak perły. Szło mi ciągle jak z płatka, teraz skończyło się wszystko.
— Ależ pozwól, wtenczas nie znano obecnej szybkości — rzekł gospodarz, korzystając z przerwy — mówię ci, że pierwsze moje konie.
— Twoje konie!... Co tam! wtenczas szybkość była większa.
— Jakto większa?
— Ma się rozumieć; jak dziś pamiętam, pojechałem do Moskwy na wyścigi rysaków. Własnych koni nie miałem, nie lubiłem tej rasy — wolę araby: Gienerała, Mahometa... Srokacz chodził u mnie w zaprzęgu; miałem furmana — tęgiego chłopca, lubiłem go — zapił się podobno. Otóż przyjechałem. — Sierpiński, pytają, kiedyż zaczniesz trzymać rysaki? — Co? tych waszych chamów? A pal ich dyabli! Mój srokacz w zaprzęgu pobije wszystkich. — Co, w wyścigu? Załóż się o tysiąc rubli. — Dobrze! Puściłem srokacza; o pięć sekund wyprzedził. Wygrałem tysiąc rubli. Ale co to znaczy? Kiedyś arabami machnąłem 100 wiorst w ciągu trzech godzin,