Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 07.djvu/31

Ta strona została uwierzytelniona.

wspominając o tych dniach rozkosznych, które spędzali razem w Neapolu. Nagle przypomniała mu się jego wielka godność królewska. Wyprostował się dumnie, przybierając tę samą pozę teatralną, jaką miał podczas swojej koronacji. Skinął ręką protekcjonalnie.
— Nie będziemy cię dłużej zatrzymywali, panie de Balmacheve... życząc wszelkich pomyślności, w spełnieniu misji powierzonej! — Cofnął się ku swojej świcie, która czekała na niego z uszanowaniem, o kilka kroków w tyle. Wkrótce płaszcz purpurowy, takiż czaprak na koniu i mnóstwo świecideł w słońcu połyskujących, wszystko to z oczu zniknęło w kurzu tumanach.
Bałakow jechał dalej, przekonany że zastanie Napoleona zaraz w drugiej wsi. Tu tymczasem zatrzymały go straże od piechoty, pod dowództwom Davoust’a. Adjutant pułkowy zaprowadził go do pomieszkania pana marszałka.





V.

Davoust, drugi Arakczejew cesarza Napoleona, nie był wprawdzie takim tchórzem jak tamten, ale tak samo był surowości nieubłaganej na punkcie służby.
Ludzie w tym rodzaju i z takiem dzikiem usposobieniem, są o ile się zdaje tak samo potrzebni w układzie państwa, jak wilcy w przyrodzie. Istnieją w każdym rządzie, okazują swoje instynkta drapieżne i utrzymują