Strona:Liote.djvu/017

Ta strona została skorygowana.


w ujawnianiu swych wrażeń, chwilami opuszczała powieki, chcąc ukryć podziw i zachwycenie, przebijające się w jej oczach. Ale gdy doszliśmy do kwiatów i wonnych gaików, rozbrzmiewających śpiewem ptasząt, prysła jej powaga, zaczęła klaskać w dłonie, cieszyła się, jak dziecko.
Porównałeś ją do motyla. To trafne. Była jak motyl barwny, rwący się radośnie do słońca, kołyszący się nad otwartymi kielichami kwiatów. Ustami dotykała chryzantem, całowała wązkie, pokręcone płatki barwy ciemnej purpury lub złota, powtarzając:
— Jakie one śliczne!
W tym samym czasie Matsuma, mrugnąwszy na mnie porozumiewająco, szepnął mi do ucha:
— Niebrzydkie gniazdko usłałem, jak myślisz?
W ogrodzie gromadka nasza jakoś się rozproszyła, a po niejakim czasie spostrzegłem Liote samą nad brzegiem szemrzącego strumyka, w którym kąpały się płaczące gałęzie jakichś nieznanych mi a bardzo pięknych krzewów. Usiadła na złomie kamiennym, rzuconym przy brzegu.
Usposobienie jej widocznie ulega nagłym