Strona:Liote.djvu/023

Ta strona została skorygowana.


mio dalekich przestrzeni, fale powietrza czy eteru niesłychanie wonne. Nad nami wiatr zlekka trącał liśćmi, a ich cienie pląsające wraz ze złotymi słonecznymi krążkami przesuwały się po włosach Liote, po jej twarzyczce i rękach.
Mnie się zdawało, że biła od niej jakaś różowość.
Rozmawialiśmy mało, półsłowami, ale mniemam, że i ją, podobnie jak mnie, napełniała w owej chwili wielka i słodka radość. W moich żyłach tętniła ona mocno, niby prąd wracającego zdrowia, niby upajające rwanie się do szczęścia. Czułem, iż bez przyczyny uśmiech ciśnie mi się na usta
Głaskałem rękę Liote; podnosiłem tę rączkę drobną, miękką do słońca, mówiąc:
— Liote twoja ręka jest teraz przezroczysta, jakby z różowego szkła.
Potem zacząłem wzdychać z udaną bolesnością, naśladując płacz dziecka, a gdy ona nachyliła się nademną i paluszkami dotknęła moich powiek dla przekonania się, czy istotnie łzy mi lecą, szepnąłem:
— Najmilsza, jeśli chcesz, żebym wyzdrowiał i żył, pocałuj mnie.
— Dobrze — odpowiedziała trochę drżą-