Strona:Listy O. Jana Beyzyma T. J. apostoła trędowatych na Madagaskarze.djvu/065

Ta strona została przepisana.

już nie wiem, dość na tem, że ledwo deszcz ustał około 3-ciej godziny, już droga była iluminowana i zaczęli schodzić się do kościoła. Około 4-tej zacząłem odprawiać Mszę św. Musieli się porządnie pomęczyć moi chorzy, bo przez wszystkie trzy Msze św. bezustanku śpiewali i odmawiali różańce. W ciągu dnia ustawicznie ktoś z nich był w kościele przy szopce. Każdy, co mógł tylko, to coś przyniósł, to gałązkę, to kwiatek polny lub trawę, żeby przyozdobić kościół. Prawdziwa to pociecha patrzeć, jak ci nieszczęśliwi garną się do Boga. Możnaby bardzo wiele dobrego między nimi zrobić, doskonale ich przygotować do śmierci, bo chętnie garną się do Boga, chętnie słuchają i wykonują co się im mówi, ale niesłychanie wielką przeszkodę stanowi brak środków do utrzymania. Taki każdy chory ustawicznie zajęty tylko potrzebami doczesnemi, rano musi myśleć, coby w południe zjadł, w południe nie wie, czy nie przyjdzie mu pójść spać bez kolacji, idąc spać przemyśla, coby jutro skąd dostać i t. d. Ta nędza sprowadza też i występki, t. p. zdarzyła się między chorymi kradzież. Kazałem winowajcy natychmiast oddać pieniądze właścicielowi i zagroziłem wypędzeniem, jeżeli coś podobnego powtórzy się jeszcze. Ten winowajca (była to poganka) oddaje ½ tylko pieniędzy, bo drugą ½ przejadła i zapewniła, że głód ją zmusił do kradzieży. ot i woda na mój młyn, ma Ojciec dowód, że dobrzeby było, gdyby Ojciec zdecydował się napisać w »Misjach« artykuł z prośbą o przyspierzenie jałmużny na wybudowanie i utrzymanie schroniska.