Strona:Listy O. Jana Beyzyma T. J. apostoła trędowatych na Madagaskarze.djvu/287

Ta strona została przepisana.

śmiać się, a nawet jeżeli kto chce i może, niech tańczy. Uspokoiło się moje ptactwo zupełnie, ale muszę ich przed Ojcem pochwalić, że podczas samych rekolekcyj rozmyślania słuchali tak, że trudno uważniej, a w ciągu dnia, chociaż ani słówka im nie powiedziałem, tak było cicho i poważnie, że łatwo można było posądzić, że to nie pół na pół dzicy jeszcze Malgasze odprawiają rekolekcje, ale cywilizowanie biali, rozumiejący, co to są rekolekcje i gorliwie je odprawiający. Całem sercem dziękowałem i dziękuję ustawicznie Matce Najśw. za tę łaskę i mam wielką nadzieję, że za Jej pomocą wielu z moich chorych będzie żyć i umrze prawdziwie po katolicku.
Jeszcze Ojcze, zadaje się mi, nie napisałem nigdy o pokrewieństwie, jakie niedawno zaszło między mną a jedną z moich chorych. Może to Ojca trochę ubawi. Otóż tak się rzeczy mają: jest tu mała dziewczynka, mająca już może czwarty rok, a może dopiero go zacznie. Bardzo to wesołe i rozwinięte dziecko; kręci się wszędzie i nieraz można się z niej naśmiać porządnie. Tak np. kiedyś rozmawiałem z kilkoma chorymi, między którymi stała kilkoletnia dziewczynka, trzymając malutkie dziecko na plecach, tak w lamba, jak tu zwykle kobiety noszą niemowlęta. Podchodzi ta maleńka czteroletnia dziewczynka, zaczyna głaskać niemowlę po główce i pyta mnie: »znasz, Ojcze, to dziecko, czy nie? To mała Teta« (tak się nazywa niemowlę). Wszyscy się roześmiali, bo to zapytanie było powiedziane z taką powagą i tak niby protekcjonalnie, jakby to nie wychodziło z ust takiego małego dziecka, ale zupełnie jakby stary to powie-