Strona:Listy O. Jana Beyzyma T. J. apostoła trędowatych na Madagaskarze.djvu/467

Ta strona została przepisana.

nie trąby. Może sobie Ojciec wyobrazić, jaki to był hałas, kiedy z wszystkich stron pozbiegali się, kto tylko mógł przybiegnąć, a każdy darł się, jak tylko mógł. Czyby taki koncert pogłaskał jakie muzykalne ucho, to inna kwestja, ale wrzawa była jak tego potrzeba, a właśnie tylko o to chodzi w takim razie.
Dziwią mnie bardzo tutejsze skały — tyle w nie uderzy co roku piorunów, a na tych skalach i śladu tego nie znać — wprawdzie niczego to sobie kamyki, mające, nie wiem, ile dziesiątków albo i setek metrów wysokości i szerokości, a ciągną się na nie wiedzieć ile kilometrów — jednak tysiące piorunów to też niebyle co: a na tych kamiennych grzbietach ani śladu nie pozostawiają.
O postępie robót nic jeszcze Ojcu donieść nie mogę, bo się jeszcze takowe w obecnym sezonie nie rozpoczęły; robotnik jeszcze zajęty po różnych posterunkach, niecierpiących zwłoki, mam jednak w Bogu nadzieję, że już wkrótce i u mnie rozpocznie się znowu ruchawka. Dziej się Najświętsza wola Boża. Przygotowuję co, gdzie i jak mogę, i czekam niby cierpliwie. Zabrały mi moje czarne pisklęta prawie wszystek czas, co miałem do pisania, więc rad nie rad muszę narazie skończyć, żeby poczty nie stracić.
Módlcie się za mnie, żebym mógł prędzej dojść do tak upragnionego otwarcia schroniska, jak o Was wszystkich codziennie pamiętam we Mszy św. Matka Najśw. niech Wam wszystkim razem i każdemu zosobna dopomaga i błogosławi.