Strona:Lucy Maud Montgomery - Dolina Tęczy.djvu/228

Ta strona została przepisana.

— Uno, nie masz jakich pończoch, mogłabyś mi pożyczyć? — zapytała szeptem Flora.
Una potrząsnęła głową.
— Wiesz, że mam tylko jedną parę czarnych, a te są takie ciasne, że zaledwie ja je mogę wciągnąć na nogi. Na ciebie na pewno nie będą pasować. Tak samo i te szare będą za obcisłe. Poza tem u dołu są zupełnie podarte.
— Kolorowych pończoch nie włożę, — powtórzyła Flora z uporem. — W dotyku są jeszcze bardziej nieprzyjemne, niż z wyglądu. Nogi mam w nich grube, jak baryłki, a przytem okropnie drapią.
— Ja sama nie mam pojęcia, co zrobić.
— Gdyby ojciec był w domu, prosiłabym go, żeby mi kupił pończochy, nim jeszcze sklepy zamkną. Ale on pewnie dzisiaj poźno wróci. Poproszę go w poniedziałek, a jutro nie pójdę do kościoła. Powiem, że jestem chora i ciotka Marta pozwoli mi zostać w domu.
— To byłoby kłamstwo, Floro! — zawołała Una. — Nie możesz tego zrobić. Wiesz, że to byłoby straszne. Co by ojciec na to powiedział? Pamiętasz, jak mówił po śmierci mamy, że musimy zawsze mówić tylko prawdę? Mówił, że nigdy nam nie wolno kłamać, bo on sam straciłby do nas zaufanie. Nie wolno ci tego zrobić, Floro. Już lepiej włóż kolorowe pończochy. Tylko ten jeden raz je włożysz, nikt w kościele nie zauważy. Przecież to nie szkolą. A przytem twoja nowa bronzowa suknia jest tak długa, że pończoch wcale nie będzie widać. Widzisz, jakie szczęście, że ciotka