Strona:Ludwik Gallet - Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac.djvu/414

Ta strona została przepisana.

Hrabia poznał Ben Joela.
— Ty! — wykrzyknął z radością, jakby znalazł odpowiedź na swe pytanie.
— Od trzech godzin oczekuję jaśnie pana.
— Chodź za mną.
Służba oddaliła się, odprowadziwszy pana do drzwi jego gabinetu. Roland i cygan pozostali sami.
— Rinaldo zabity; Cyrano żyje.
Takie były pierwsze słowa hrabiego. Mieściła się w nich wymówka, którą Ben Joel zrozumiał bez trudności.
— Ach, jaśnie panie — rzekł płaczliwie — walczyliśmy do ostatniej chwili mężnie i wytrwale. I skoro jaśnie pan wie już, co spotkało biednego Rinalda, musi wiedzieć również, na jakie cuda odwagi zdobywaliśmy się, aby spełnić, co nam przykazano.
— Co mi po tych wiadomościach! Wszystko przepadło!...Chyba, że...
— Że co? — zapytał skwapliwie cygan.
— Że uwolni mnie kto od tego przeklętego Bergeraca — dokończył Roland.
— Jaśnie pan będzie od niego uwolniony.
— Ach, tak — zauważył pogardliwie hrabia — zrobisz mądre przygotowania jak zawsze i, jak zawsze, do niczego cię one nie doprawdzą.
— Sądzę, że zabrawszy się do dzieła zaraz jutro...
— Tu nie można czekać do jutra. Trzeba działać zaraz, natychmiast, tej nocy jeszcze. Aby śmierć Cyrana korzyść mi jaką przyniosła, musi on zginąć wpierw, zanim się uda do Chatelet — wybiera się zaś tam o świcie.
— A więc napad może być urządzony na drodze. I byle tylko napadający znaleźli się w dostatecznej liczbie...