Strona:Ludwik Stanisław Liciński - Halucynacje.djvu/20

Ta strona została przepisana.

się zahypnotyzować, jakby chciał je wydłużyć, wyciągnąć... może odmierzał własną duszę. Długie ciężkie milczenie stało między nami, jak burza gradowa stoi między niebem a ziemią. Czułem, że w życiu moim coś się przełamie i pęknie.
Wstręt i obawa, nienawiść i niepewność, pchały mnie do mego gościa, ostrzyły moją ciekawość.
Cała moja wola leżała pod stopami przybysza, jak dziecię u nóg piastunki.
— Więc niech się już dzieje — myślałem.
— Dramat piszesz? — spytał lodowym głosem.
— Tak — odparłem — dramat piszę.
— Z życia?
— Z życia.
— I długoś dmuchał w serca ludzkie? I umiałeś brać ich pod żeberka tak, wiesz? mądrze?... sprytnie?... żeby to wyśpiewało wszystko... co? hę?... tam... z samego dna?
— Zdaje mi się, żem studjował nietylko rozumem.
— Wiem... wiem... lazłeś w to błotko, w te śmietniki... przykładałeś łapy do tych pudlich serc.
— Nie! tylko płakałem tam, gdzie inni się śmiali, oddawałem hołdy tam, gdzie inni gardzili, kochałem, tuliłem...
— Kochałem, tuliłem... wiem, wiem... Otóż to zasada... ukochać... I naraz z takiego śmietnika bryźnie ludzka łza... prawda? jak djamenty... Dużoś ich uzbierał?...
— Więcej niż starczy życia na odlewanie ich w formy sztuki...
— Jak, jak powiedziałeś? w formy sztuki? A więc dla sztuki?... co?..