Strona:Ludwik Stanisław Liciński - Halucynacje.djvu/85

Ta strona została przepisana.

mady gapiów... postanowiłem zaspokoić uliczne apetyty i dać z siebie widowisko. Dzień był ciepły — zdjąłem wierzchnie ubranie, niosąc je w rękach.
Tłumy rosły...
— Warjat — krzyczano tu i owdzie...
Lecz dorożkarz i praczka, ku wielkiemu memu zduniu, opuścili moje towarzystwo.
Przyprowadziłem do porządku moją toaletę i siadłem na ławce, w Saskim ogrodzie.
Głowa mi obwisła — zasnąłem.
Rozbudził mnie dopiero stójkowy.
— Panie! proszę pana! ogród zamykają.
— Ach tak?... dobrze.
Zmierzałem w kierunku najludniejszej restauracji...
Przed wejściem zdarłem z jakiejś znajomej prostytutki kapelusz, kładąc jej na głowę mój cylinder...
Chciała biec za mną, ale ją odźwierny brutalnie odepchnął.
(Prostytutkę wolno każdemu popychać).
Wszedłem w damskim kapeluszu.
Furora była nie do opisania... Tłumy ryczały z radości...
Duża restauracyjna sala zatrzęsła się od oklasków.
— Brawo! brawo!...
A ja, jak aktor na scenie, świadomy swej wyższości, ukłoniłem się z lekka kapelusikiem prostytutki i, minąwszy długie szeregi inteligientnych pijaków, zająłem miejsce...
— Jak Boga kocham, damski...
— Słowo honoru!...