Strona:Ludwik Stanisław Liciński - Halucynacje.djvu/86

Ta strona została przepisana.

— Ha ha ha...
— Hi hi hi...
Do stolika mego przysiadł się ten i ów...
Jakaś zakąska... piwo... kilka anegdotek... i pożegnaliśmy się...
Wyszedłem na ulicę i myślałem, co począć z sobą?
Była godzina pierwsza w nocy...
Spać? — zawcześnie... Bibka? — niema z kim.... Orgja? — za późno... Dom publiczny? — niewarto...
Zapaliłem papierosa i przyglądałem się bezmyślnie latarniom...
Oto macie tło...
A teraz obraz...

OBRAZ.

Szła obok stróża nocnego... Wyglądała na pensjonarkę raczej, niż na prostytutkę. Widziałem kiedyś podobną twarz na wystawie obrazów z podpisem „skupienie“. Szli oboje w milczeniu...
Zbliżyłem się...
— A dokądże to prowadzicie? — spytałem.
— Do cyrkułu — odparł.
— Puśćcie ją. Dam wam na piwo...
— To nie moja rzecz. Rewirowy kazał — prowadzę.
Dziewczyna spojrzała na mnie zalotnie i uśmiechnęła się z wdzięcznością...
— I cóż wam z tego przyjdzie? — namawiałem.
— Wiadomo: nic... A jak muszę — to muszę... Wreszcie niech nie chodzi bez książeczki.
— A! to za to? — spytałem.