Strona:Ludwik Stanisław Liciński - Szały miłości.djvu/83

Ta strona została przepisana.

serdecznego wzroku. Jakaś gorycz nagła i niewytłomaczona zalała mu nagle duszę, i ścisnęła serce. Siadł me powiedziawszy słowa, i patrzał uparcie w fantastyczne rysunki i linie tureckiego dywanu, zaścielającego całą podłogę. Myślał, że to przecież dobrze jest mieć dużo pieniędzy, robić tylko to, co piękną i szlachetną pracą (bo i ta przecież, wbrew przysłowiom, poniżyć może człowieka), móc kupować piękne kwiaty, zasypać niemi pokój — i marzyć wśród nich upojną wonią pijany, dumać, dumać i śnuć najpiękniejsze sny...
Myślał tak, i dziwił się, że tak właśnie myśli, dziwił się swym nowym, marnym pragnieniom, i czuł się dziwnie sam, dziwnie od tej, tak blizko od niego stojącej, daleki, i tak bardzo, bardzo znużony...
Zofja stała przy oknie przeglądając przyniesioną przez Rudzkiego książkę, i miała jak zwykle, zadumę na swem bladem czole, czar i tęsknotę, tajemniczość w oczach.
Spojrzała wreszcie w stronę swego gościa, i zapytała żartobliwie, lekko:
— Poeto słońca! Skąd chmury na czole twojem? —
— Wicher je nawiał północny, a raczej wściekła, nudna, przeklęta praca redakcyjna. —
— O zdziwiła się Zofja — a snów dziś nie było? (Snami nazywała krótkie utwory Rudzkiego, które jej stale odczytywał).
— Miałem. —
— Więc proszę powiedzieć. —
— Rudzki spojrzał na nią długo, smutnie i z go-