Strona:Ludwik Stanisław Liciński - Z pamiętnika włóczęgi.djvu/29

Ta strona została przepisana.

„Wolność woii, miłość chrześcijańska“ — krzyczał oprawca... A koncypjenci starostw siedzieli nad swoimi stolikami i aresztowali włóczęgów.
Tak było, tak musiało być i tak jest ciągle.
Siedziałem w jakimś brudnym zajeździe, piłem fałszowane przez jakiegoś „uczciwca“ wino i śmiałem się boleśnie.
Jakże to wszystko śmieszne było, jak śmieszne bajecznie.

Ale czekaj pani, opowiem ci inną powieść.

***

Był to dymisjonowany pies. Umiał łasić się, wystawiać, służyć, czyli: znał tresurę. Prócz tego był rasowym (ojciec jego sypiał w jednym łóżku z księżną). Dwie najniezbędniejsze rzeczy w życiu: rasa i tresura... Pies wystawiał kuropatwy, dubelty, ale przeważnie karjerę. Kwintesencja życia. I było mu z tem dobrze. Karjera sama mu w pysk wpadła.
Oto błąkał się raz nad Wisłą (pod Wawelem) i modlił się do kolacji. Wtem — plusk. Marszałek szlachty się topił. Pies, nie wiele myśląc, buch do wody, marszałka za łeb i wyciągnął go wraz z sygnetem na brzeg.