Strona:Ludwik Stanisław Liciński - Z pamiętnika włóczęgi.djvu/65

Ta strona została przepisana.

Przewodnik mój zanadto był pobożny i zamiast brać odwagą, modlił się o swoją całość.
— Żeby też nam Bóg dopomógł — powtarzał ciągle.
Bóg nie dopomagał, a on drżał...
Siedzieliśmy na brzegu lasu nad jakąś polanką...
— Widzi pan te drzewa?
— Widzę...
— Tam stoją sołdaty.
— To dobrze.
— Musimy poczekać jeszcze.
— Poczekajmy...
Ciemność układła się nad nami... Siedzieliśmy na wilgotnej ziemi oparci o sosnę. Deszcz padał...
— Co też tam moja żona robi teraz?
— Myśli, że pana wezmą djabli, i za drugiego wyjdzie...
Splunął...
— Ogromnie się boję — szeptał po chwili.
— To trzeba było zostać jenerałem.
Zamilczał...
Zniecierpliwiłem się...
— No, idę już — zawołałem.
Poszedłem wprost przez polankę.