Strona:M.Leblanc - Kryształowy korek.djvu/44

Ta strona została przepisana.

jeszcze, jakby rękę ukrytą, która starała się zgromadzić wszystkie gromy nad głową jego ulubieńca.
— Co mógł komu zawinić? Komu zależało na jego zgubie? Co prawda on sam nie znał prawdziwego nazwiska Gilberta.
Nie zapytywał o to nigdy swoich wspólników, oceniając ich raczej podług charakteru. Na domiar następnego dnia jeszcze doszła go z więzienia rozpaczliwa kartka od Gilberta, wymowna w swej lakonicznej prostocie.
„Boję się, szefie, och boję się, widmo gilotyny — twój Gilbert“, a w post scriptum: „Uratujesz nas — nieprawdaż?“


ROZDZIAŁ IV.
HERSZT WROGÓW.

— Biedny chłopak — powtarzał sobie Łupin, czując prawie łzy pod powieką — biedny chłopak.
Od pierwszego dnia, w którym Gilbert przyłączył się do jego bandy, genjalny włamywacz powziął dla niego prawie ojcowskie przywiązanie. Sam niekiedy upominał go, by obrał inną, właściwą dla siebie drogę.
— Wróć do świata Gilbercie — mówił mu — wtedy zostaniesz w oczach ludzkich uczciwym człowiekiem, jakim jesteś w głębi swej istoty.
— Niema tam dla mnie miejsca — odpowiadał chłopak, wzruszając ramionami, a posępny cień przyćmiewał na chwilę jego jasną, młodzieńczą twarz. A zresztą, dodawał po chwili, powrócę do społeczeństwa, jeśli ty zajmiesz w niem stanowisko odpowiednie twojej wartości.
— Dla mnie już zapóźno — odpowiadał Lupin.