Strona:M.Leblanc - Kryształowy korek.djvu/75

Ta strona została przepisana.

dzonego porządku. Każdy przedmiot drażnił tu ciekawość Arsena, w każdym ukrywać się mogła lista dwudziestu siedmiu.
Wreszcie Daubrecq wszedł, trzymając w ręku kartę, na której Arsen nakreślił nazwisko słynnego lekarza.
— Doktór Wernes? — spytał go, wskazując mu miejsce naprzeciw fotelu, na którym sam usiadł.
— Tak jest — odparł Arsen, naśladując wybornie mowę słynnego eskulapa.
— I przychodzi pan od hrabianki de Mergy — czy zasłabła?
— Hrabianka de Mergy zażyła truciznę — odparł Arsen.
Słowa te spadły jak grom na czcigodnego posła. Skoczył na równe nogi, a apoplektyczna twarz jego stała się ze szkarłatnej bladą i z bladej szkarłatną.
— Zażyła truciznę, mówisz pan i może, może już umarła — dodał niedosłyszalnym prawie głosem, jakby się sam lękał złowrogo brzmiących słów, które wypowiadał. Arsen nie śpieszył z odpowiedzią, przeczekał tyle, ile było koniecznem dla wyzyskania wrażenia, wywołanego tą zmyśloną wiadomością.
— Zażyła za małą dawkę — rzekł po chwili — zarządziłem już wszystko co było koniecznem i o ile nie zajdą nieprzewidziane komplikacje, hrabianka zostanie zapewne przy życiu.
Daubrecq odsapnął ciężko, a potem wpatrzył się w twarz swego gościa.
— Jakie on ma dziwne oczy — pomyślał Arsen, który pierwszy raz miał sposobność przyjrzeć się im dokładnie. Zwykle widywał Daubrecq’a noszącego na nosie okulary lub binokle, często nawet ciemne szkła, dziś pod wpływem wzruszenia, słysząc o targnięciu się na własne życie hrabianki de Mergy, pan poseł zdjął instynktownie okulary i przecierał je chustką, odsłoniwszy oczy swe, dziwnego, nieokreślonego koloru, okrążone czerwonemi obwódkami. Po chwili