Strona:Maciej Wierzbiński - Pękły okowy.djvu/250

Ta strona została uwierzytelniona.




XXIV.

Już wstał nowy dzień i robotnicy szli do kopalni, gdy Wiktor Kuna wracał do siebie z Katowic. Przez pół nocy trząsł się na wozie z warzywami, pod któremi kryły się dwie skrzynie z granatami. Doręczył je uprzedzonej o tem straży Komisarjatu, przyczem dowiedział się, że po zachodzie słońca strzelanina w mieście przybrała charakter wiwatowy a tryumfujące bandy Orgeszowców i zielonej policji piły i hulały jak hordy najeźdcze po zdobyciu twierdzy. Dla wyładowania pijackiego animuszu zniszczono parę sklepów i kawiarnię tudzież wydawnictwo „Gazety Ludowej“. W śródmieściu tropiono Polaków, niby zwierzynę, i biada temu, kto wpadł w łapy bisurmańskiej zgrai.
Wyprawą swą zmęczony porucznik spał jak suseł i zaspał. Zbudził go dopiero przed południem Jan Gray, inspektor organizacji wojskowych, i organizator powiatowy Jan Pyka. Przybyli z Sosnowca, by przekonać się, czy Kuna trzyma w pogotowiu swój obwód. Zabrał się z nimi „rejonowy“ z Muchowca, Postrach, wracający do domu z Głównej Komendy.
Trzeba było tarmościć Wiktora gwałtownie, nim łaskawie otworzył oczy. Ujrzawszy przed sobą ludzi z dowództwa, rzucił się na posłaniu, niby szczupak w sieci i zawołał:
— Co takiego?! Powstanie?
— Nie! — odparł Pyka. — Choć nie wiedzieć, czy chnet nie ruszymy.